Śnił mi się gęsty, liściasty las. Pod każdym drzewem na składanym stołku siedział człowiek i coś mamrotał - ni to do siebie, ni to do sąsiada. Las szumiał od tego gadania. Liście falowały; gdzieś tam daleko w górze świeciło niewidzialne słońce.
Ja siedziałem pod rozłożystym bukiem o lśniącej korze i powtarzałem jedno słowo, którego znaczenia nie znałem: NOSTRA, NOSTRA, NOSTRA... Kilkanaście drzew ode mnie zauważyłem Samuela, ale nie zwracał na mnie uwagi, zapatrzony gdzieś w zadrzewioną dal. Nieopodal niego siedział jego syn Jakub, a bliżej mnie mój ojciec - Edward, który pokiwał mi ręką. Chciałem podbiec do niego radosny, nie potrafiłem oderwać się od stołka, więc też mu pokiwałem, krzycząc: NOSTRA, TATO! Ale nie wiem, czy mnie usłyszał.
Nagle zaległa głucha cisza, jakby nad lasem przestał wiać wiatr.
Między drzewami ukazał się zwalisty leśniczy w zielonym mundurze, z pejczem w ręku...
- Ma być cisza! - krzyknął.
Obudziłem się. Przede mną stał dziwny osobnik w czerwonym mundurze ze skorzaną teczką pod pachą. Przy pasie dyndał mu pistolet.
- Strażnik? - pomyślałem.
- Nowy? - spytał obcesowo.
Wstałem.
- Chyba nowy - odparłem niepewnie.
- Bez numeru - stwierdził obojętnie strażnik.
- Mam jakiś numer w paszporcie, ale nigdy go nie pamiętam - powiedziałem.
- On nieważny. Dam ci nowy. Będzie tu potrzebny...
Strażnik wyjął z teczki gruby notes, przekartkował.
- Cztery, pięć, zero, pięć, dwa, pięć, sześć, osiem, zero, jeden, siedem, trzy... Powtórz!
O dziwo, zamiętałem. Powtorzyłem bez zająknięcia.
- Bardzo dobrze. Powodzenia. Nostra! - powiedział strażnik bez uśmiechu i odszedł powoli w stronę szumiącego skrzyżowania.
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz