- Dobrze im tak - mówił ze złością Dębek - niech się zabijają. Mogę malować, proszę bardzo i tak im to nic nie pomoże. Kurwa!
- Kurwa - powtórzył Knysak. - Cztery kilometry - przypomniał.
- Wiem!...
Znowu zaczęli iść, krok po kroku. Minęli już zakręt, za którym zniknął Grubas i mieli teraz przed sobą prostą drogę, poruszającą się od gorąca, aż po horyzont, gdzie widać już było zabudowania Jarońca.
- I pomyśleć, że kiedyś byłem prawdziwym malarzem - westchnął Knysak.
- Teraz jesteś prawdziwym, krzyżowym - zaśmiał się Dębek.
- Specjalizowałem się w pejzażach górskich i morskich - chwalił się Knysak.
- Sto razy już to słyszałem...
- I może usłyszysz jeszcze! Jak się stąd wyrwę i wrócę do mojej pracowni, skąd moja mnie wyrzuciła, bo piwko sobie nieraz strzeliłem. Wielkie rzeczy... Może już jej tam nie ma, może znalazła innego? - Knysak westchnął znowu.
- Ja bym się nie dał wyrzucić - zapewnił Dębek.
- Nie znasz jej. Sam byś uciekł. To straszny okaz cwanej nienawiści...
- Ale przynajmniej uwolniłeś się od baby - pocieszył go Dębek.
- No, uwolniłem i wpadłem w niewolę Grubasa i innych...
Zobaczyli rowerzystę, jadącego lewą stroną.
- Widzisz? - warknął Debek. - Rozjadą go i znowu będziemu malować. Dostanie kopniaka.
- Niech sobie zimą jeździ lewą stroną, kiedy nie malujemy - dodał Knysak.
Sylwetka rowerzysty rosła.
- Kopniesz go?...
Na rowerze jechał chłop w czapce nasuniętej na czoło. Do kierownicy przymocowany był czerwony wiatraczek. Sto metrów przed malarzami zjechał na prawą stronę.
- A to spryciarz! - syknął Dębek.
Przystanęli.
- Gospodarzu! Dostaniesz ode mnie po dupie, jak będziesz jeździł lewą stroną - Dębek wymachiwał szablonem.
Rowerzysta szybko przemknął obok nich, bez słowa.
- Miał pietra - ucieszył się Knysak.
- Mogłeś go oblać farbą, by popamiętał...
- Tak, a potem musiałbym rozrabiać nową...
Poszli dalej. Czuli pod nogami uginający się asfalt. Cięższy Dębek zostawiał po sobie ślady na lata.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz